O CocArcie słów kilka – relacja Krzysztofa Mirowskiego i Piotra Mirskiego.

O CocArcie słów kilka – relacja Krzysztofa Mirowskiego i Piotra Mirskiego.

Po secie Phillipsa publiczność wyciszała się przy minimalnej ofercie Michaela Vorfelda. Ten ultra sympatyczny mieszkaniec Berlina generuje muzykę korzystając z osobliwego zestawu instrumentów perkusyjnych i smyczkowych.

Buduje przy tym specyficzną, wręcz teatralną dramaturgię, nie tylko poprzez samą grę, ale też mowę ciała. Całość stonowana, spokojna, ale podobnie jak u pozostałych wykonawców toruńskiego festiwalu, bardzo intrygująca.

Ostatnim artystą piątkowego wieczoru był Antoine Chessex. Jeśli wydaje się wam, że Brotzmann czy Vandermark to jazzowi ekstremiści, powinniście posłuchać Chessexa. To oczywiście żart, bo Szwajcar nie ma nic wspólnego ani z jazzem, ani też z tradycyjną grą na saksofonie. Służy mu on raczej jako źródło sygnału, którym steruje przy pomocy solidnej baterii efektów. Muzycznie to ściana hałasu chyba najbardziej odhumanizowana i pozbawiona pierwiastków etno, przez co mojej skromnej osobie tego wieczora najbliższa. Koncert Chessexa zakończył oficjalną część pierwszego dnia CocArtu.

Piątkowe afterparty w eNeRDe ozdobili weteran łódzkiej sceny Wiktor Skok oraz DJ Zico, niwelując znakomitymi setami niespecjalne wrażenie nieogarniętego rozpierdzielu, jakie budziło wnętrze klubu po wcześniejszym tego wieczora punkowym gigu Analogs.

Drugi wieczór w podziemnym garażu CSW otworzyły rodzime projekty – Komora A i Nemezis. O ile zderzenie i wzajemne przeniknięcie dźwiękowych mikroświatów Wolframa, Karola Kosznieca i Kuby Mikołajczyka, który poza sceną kusił perełkami wydawniczymi swojego labela Monotype (oferta płytowa wszystkich wystawców przyfestiwalowego sklepiku prezentowała się naprawdę imponująco), zadziałało i zaintrygowało, o tyle wciąż mocno zakorzeniony w estetyce lat 90 Nemezis, zwłaszcza przy wzmacniających nostalgiczny efekt wizualizacjach, w pewien sposób wyłamał się z CocArtowej konwencji.

Przeciwwagą dla tej przyjemnej, acz trochę niezrozumiałej w festiwalowym kontekście wycieczki, był kolejny występ. Na scenie pojawili się Ove Volquartz i Ray Kaczynski ze swoim egzotycznym instrumentalnym ekosystemem.

Kaczynski niczym demiurg mikroskopijnej orkiestry przedziwnych aparatów własnej konstrukcji, w skupieniu wydobywał z nich kolejne zaskakujące sekwencje dźwięków, prowadząc nieustający dialog z Volquartzem, przepuszczającym nieograniczone pokłady wyobraźni przez potężny klarnet kontrabasowy.

Sobotni program w ogóle okazał się w dużej mierze ułożony na zasadzie kontrastów. Po duecie z Getyngi, zostaliśmy po raz kolejny skonfrontowani z Dave’em Phillipsem. Występ budził spore zaciekawienie już po przedsmaku, jaki artysta zaserwował podczas prób, nie ujawniając video, jakie miało mu towarzyszyć. Właśnie wizualny materiał okazał się głównym punktem tego setu, w którym Phillips ograniczył się do przetwarzania efektami własnego głosu i oddechu, tworząc przeraźliwą oprawę do masakrującego montażu drastycznych scen z udziałem zwierząt, cierpiących i ginących w wyniku ludzkiego okrucieństwa i bezmyślności. Ujęcia przeplatane były fragmentami wypowiedzi składającymi się na bezlitosny manifest, punktujący nieprzerwanie nokautującymi uderzeniami kolejnych trudnych do zniesienia obrazów. Zdecydowanie najbardziej zapadający w pamięć moment całego festiwalu, choć równie mocno dzielący publikę.

Share Button