Budujemy nowy dom

“Budujemy nowy dom”, czyli jak operuje się mitem złych narkotyków

Jednym z popularnych motywów występujących w baśniach i mitach jest nagła zmiana tożsamości bohatera, jego nieoczekiwana przemiana, która obdarza go nowym wyglądem, mocą lub charakterem. 17 listopada roku 2000 poczułem się bohaterem takiej opowieści. Nie była to wszakże bajka dla dzieci, tylko horror napisany przez ludzi o miernej wyobraźni nadrabianej wielką ambicją tworzenia mitów. W świetle podpisanej tego dnia przez prezydenta nowelizacji Ustawy o Przeciwdziałaniu Narkomani stałem się kryminalistą, z racji porcji konopi indyjskiej, którą wówczas trzymałem przy sobie. I trzeba przyznać, że była to zmiana bardziej trwała aniżeli ta, którą dostarcza wyciąg z tej rośliny.

Mitotwórcza rola państwa i jego agend znana jest od samych jego początków. Nic więc dziwnego, że w dobie Społeczeństwa Spektaklu funkcja ta nie tylko nadal jest podtrzymywana, ale i ulega wzmocnieniu. Zniewalająca moc mitu nie polega bowiem na jego wyrazistości, tylko na jego rozmyciu. Jeżeli więc mit “złego Żyda” miał służyć dostarczaniu spójności społeczeństwu industrialnemu (czego najwyraźniejszy dowód dała III Rzesza), musiał zasadzać się na jednoznacznym ładunku moralnym (Żyd = Zło), któremu jednakże towarzyszyły wieloznaczne kryteria interpretacyjne. Dlatego właśnie Żydem mógł zostać nie tylko ten, kto miał matkę Żydówkę, ale i ten, którego wygląd bądź charakter uznawane były za “żydowskie”. Co więcej, mityczne Zło zawsze miało skłonność do rozlewania się, w związku z czym uosabiające je jednostki traktowane były jako nietykalne, a osoby, które owe tabu nietykalności przekraczały (jeśli nie należały do aparatu władzy będącego gwarantem nietykalności mitu), narażały się na zarażenie Złem, a więc i potępienie społeczne.

Nie inaczej dzieje się teraz. Opowieść, która niegdyś dotyczyła Żydów, a jeszcze wcześniej wywodzących się z ludu uzdrowicielek, nazywanych potocznie “czarownicami” (które w przeciwieństwie do swych kolegów po fachu – nadwornych magów – należących do gwarantującej nietykalność mityczną sfery władzy, uznawane były za służki Szatana), bierze obecnie za swój obiekt konsumentów roślin (oraz ich syntetycznych odpowiedników), które od tysiącleci, o paradoksie!, traktowane były jako narzędzia tworzenia mitów jednostkowych i zbiorowych. Jak dowodzi antropolog i badacz enteogenów, Terence McKenna, to prawdopodobnie dieta złożona z grzybów psylocybinowych odpowiedzialna była za gwałtowny skok ewolucyjny ludzkości, który Darwin określał mianem “brakującego ogniwa w łańcuchu ewolucji”. Wzbogaciła bowiem hominida w doświadczenia transpersonalne, umożliwiające mu wzniesienie się od konkretu ku abstrakcji, bez czego niemożliwy byłby dalszy ewolucyjny rozwój, że o religii nie wspomnę.

Naszych prawodawców to jednak nie interesuje, bo też ich świadomość antropologiczna ogranicza się do sfery politycznej praxis. Od 1989 roku możemy obserwować kolejne nieudane próby tworzenia nowego porządku symbolicznego, który dostarczałby mieszkańcom ziem polskich spójności społecznej, czyli wspólnej płaszczyzny odniesienia. I tylko w takim kontekście zrozumiała okazać się może nowelizacja tzw. ustawy antynarkotykowej, która de facto przerzuca odpowiedzialność za życie ludzkie na aparat represji (policję, sądownictwo i służby psychiatryczne). Piszę o nieudanych próbach tworzenia porządku symbolicznego, ponieważ dotąd nie znaleziono takich wartości, które byłyby wspólne dla wszystkich bądź dla większości “Polaków”. Nie jest taką wartością wolność jednostek, ponieważ w dziejach narodu polskiego miała ona znaczenie tylko wtedy, gdy znajdował się on w niewoli (stąd zrywy narodowe, martyrologia “Polaków” oraz nadreprezentacja dyskursu na temat niepodległości narodowej kosztem dyskusji na temat swobód i praw jednostek). Nie jest taką wartością ani wiedza ani zróżnicowanie, a obserwując niemal powszechny wśród “Polaków” wtórny analfabetyzm i niechęć do wszelkiej maści odmieńców można nawet sądzić, że jest wręcz przeciwnie. Wartościami, które “Polacy” akceptują mniej więcej en masse są natomiast: zdrowie, bezpieczeństwo i religia.

Te trzy wartości można by określić mianem “konserwatywnych”, a to z racji tego, że służą one raczej ochronie granic jednostek i społeczeństwa aniżeli ich przeformułowaniu i poszerzaniu. O tym, że współczesne społeczeństwa mają tendencje do bycia “terapeutycznymi” traktuje znajdujący się w tym numerze tekst wybitnego amerykańskiego anty-psychiatry, Thomasa Szasza. Nie trudno jednak zauważyć, że bycie zdrowym, choć rzeczywiście stanowi priorytet większości mieszkańców Polski, nie przeszkadza im w zatruwaniu siebie i bliźnich tytoniem i alkoholem. Jest zatem prędzej wartością deklarowaną aniżeli realizowaną. Niemniej jej istnieniu nikt nie przeczy, w związku z czym może stanowić spoiwo tworzące więź społeczną, tym bardziej (uwaga!), jeśli dotyczy rzeczy wyimaginowanej i ambiwalentnej. Dlatego znacznie trudniej jest zmobilizować naszą opinię publiczną przeciwko alkoholowi i papierosom aniżeli przeciwko marihuanie, LSD, czy grzybom psylocybinowym, mimo iż z raportów medycznych dość jednoznacznie wynika, że zarówno alkohol jak i nikotyna są znacznie bardziej szkodliwe dla zdrowia od nawet najmocniejszych substancji psychoaktywnych. Jak widać, “zdrowie” może być dla Polaków wartością uniwersalną, ale nie kosztem zrzeczenia się quasi-religijnej kultury alkoholowo-tytoniowej, której ślady widać wszędzie, począwszy od “ulicy” na salonach artystycznych kończąc.

O ile jednak argument szkodliwości zdrowotnej narkotyków jest czasem podnoszony w dyskursie zakazującym ich używania, znacznie częściej pojawia się w nim hipoteza mówiąca o płynących z nich zagrożeniach dla życia społecznego. Narkotyk jest tym “niewidzialnym obcym”, który podstępem wdziera się w delikatną tkankę związków międzyludzkich, a jego złowieszcza siła opiera się na mocy zarażania. Jest przeto skrojony na wzór i podobieństwo mitycznego Zła, które posiada zdolność przelewania się na osoby znajdujące się w jego otoczeniu. Nic więc dziwnego, że w nowej “ustawie antynarkotykowej” znajduje się nie tylko zapis o karze więzienia dla osób posiadających substancje narkotyczne, lecz również groźba kary dla właścicieli lokali, w których takie osoby mogą się znaleźć. Najwyraźniej, twórcy tej nowelizacji wciąż myślą jak ludzie pierwotni, którzy obawiali się miejsca, w którym ktoś umarł, ze strachu przed “rozlaniem się” śmierci.

Powróćmy jednak do kwestii bezpieczeństwa, ponieważ odgrywa ona w formowaniu się nowego porządku symbolicznego w Polsce, kto wie, czy nie najistotniejszą rolę. Poczucie bezpieczeństwa jest czułą struną, na której można grać, kiedy inne struny zawodzą. Jest także biegunowym przeciwieństwem potrzeby wolności, ponieważ wiąże się z troską o integralność terytorialną jednostki, podczas gdy wolność dotyczy jej ekspansji i wzajemnego przenikania. O ile jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych wolność jednostek cieszyła się w Polsce sporym szacunkiem, o tyle w drugiej połowie tej dekady widać stopniowe, krok po kroku, wypieranie jej z dyskursu publicznego. Argumentem uzasadniającym ów proces wypierania jest, nomen omen, właśnie konieczność zapewnienia bezpieczeństwa jednostkom i społeczeństwu. Państwo uzurpuje sobie prawo do wkraczania w sferę prywatną jednostek dla tzw. dobra publicznego. Dobro publiczne traktowane jest zaś jako dobro jednostek. I tak zamykamy się w błędnym kole.

W ciągu minionych kilku lat polska policja otrzymała wszelkie dostępne narzędzia pozwalające jej ingerować w prywatne życie jednostek: podsłuch, inwigilację, a w przypadku narkotyków, dodatkowo, tzw. “zakup kontrolowany”. To jej jednak nie wystarczało. Policyjne lobby w warunkach postępującej brutalizacji życia społecznego potrzebowało bowiem działania nie tyle skutecznego co spektakularnego. Teraz otrzymało do dyspozycji narzędzie umożliwiające mu represjonowanie ludzi za stosowaną przez nich dietę. Gotów jestem sądzić, że każda instytucja totalitarna chciałaby posiadać takie prerogatywy. Interesujący jest przy tym fakt, że policja wciąż jest jedną z najbardziej szanowanych przez “Polaków” instytucji. Cóż, nic dziwnego, skoro pomaga im sądzić, że istnieje jakiś inny, przeciwko któremu należy się mobilizować. Narkotyk (i jego konsument) pełni zatem funkcję “kozła ofiarnego” składanego na ołtarzu poczucia bezpieczeństwa. “Kozła ofiarnego”, któremu na drugie imię “wolność”.

“Wolność” nie jest również na rękę kolejnej, tym razem odnoszącej do transcendencji wartości, której hołdują “Polacy”. Religia, w szczególności zaś panujący w Polsce katolicyzm, jest bowiem zbiorem wierzeń, które umiejscawiają sferę wolności za kratami dogmatów. Taką wolność uczeni katoliccy mędrcy postanowili nazywać “wolnością do”, w przeciwieństwie do permisywnej “wolności od”. W takim ujęciu wolność jest tylko pochodną wierzeń, a nie tym co służy ich kreowaniu. Dlatego właśnie teologia od samego początku krzywo spoglądała na sztukę, dostrzegając w niej zagrożenie dla swych dogmatów (vide ostatnia “rocznicowa” wystawa w warszawskiej Zachęcie, przedstawiająca m.in. rzeźbę papieża przygniecionego głazem, która wywołała skandal w mass mediach, mimo iż papież został w niej niemal ubóstwiony do roli Chrystusa dźwigającego grzechy cywilizacji). Nie inaczej dzieje się z narkotykami. One także stanowią zagrożenie dla dogmatów, ponieważ sprzyjają pojawieniu się poczucia iluzoryczności wszelkich dogmatów, a w przypadku substancji psychoaktywnych, dodatkowo same w sobie pełnią funkcje religijne. Rytuał narkotyczny jest odpowiednikiem rytuału religijnego. A sam narkotyk posiada cechy eucharystii, jeśli przyjmiemy, że jego funkcją jest przemiana, czy też przebóstwienie jednostki.

Jednakże dość tych bluźnierstw! Dotarliśmy już do miejsca z którego rozpoczęliśmy naszą opowieść. Była to opowieść o tym, jak w oparciu o deficyt potrzeby zdrowia, bezpieczeństwa i religii stworzono mit szkodliwych, groźnych i bluźnierczych narkotyków, mit mający zapewnić spójność społeczną nowej Rzeczypospolitej. Mit służący jej przemianie w jedno zdrowe, bezpieczne i poprawne religijnie społeczeństwo. Mit, którego rolą jest podtrzymywanie złudzenia, że my, “Polacy” tworzymy wspólną całość i że istnieje jeszcze coś takiego jak społeczeństwo.

Dariusz Misiuna

Share Button