Na gigancie

We współczesnych męskich ruchach emancypacyjnych pojawia się tęsknota za takim rodzajem duchowości, która różnić się będzie od patriarchalizmu cywilizacji typu babilońskiego. Paradygmat ten wspiera teza o rzekomym istnieniu pierwotnego matriarchatu. I rzeczywiście, paleopsychologia przedstawia solidne dowody potwierdzające jej prawomocność. Na przykład Tiamat, zniszczone przez męskiego boga Marduka monstrum Chaosu, posiadało wyraźne cechy kobiece. Z kolei, antropologia ukazuje przed-babilońskie społeczności zbieracko-łowieckie jako istniejące pod wyraźną dominacją pierwiastka żeńskiego, wodnego, cienistego.

W takiej to wizji podchodzącej krytycznie do współczesnego społeczeństwa patriarchalnego pre-historia, historia i post-historia postrzegana jest jako rodzaj wahadełka, które tyka między matriarchatem a patriarchatem. Opisywany przez niektórych autorów pierwotny matriarchat budzi podejrzanie, ponieważ wydaje się parodystycznym odwróceniem patriarchalnego kłamstwa, które powiadało, że świat “się rozpoczął” wtedy, gdy zniszczono odrażającą Tiamat.

Czytałem ostatnio artykuł, w którym ktoś odkrywał banalną prawdę antropologii, że zawsze można znaleźć jakieś plemię, którego kod moralny kłóci się z kodami moralnymi pozostałych plemion. To co dla jednych jest “grzechem,” dla innych może być “cnotą”. Autor tego artykułu proponował wykorzystanie relatywizmu kulturowego dla teoretycznego wsparcie pojawiających się nowych moralności seksualnych w naszym społeczeństwie. Ale zaraz potem ostrzegał, że niektóre z tych plemion posiadają “cnoty”, które można by uznać za odrażające, nawet w ramach porządnego jak na liberałów przystało relatywizmu kulturowego. Przytoczył w tym kontekście chyba szowinizm męski, a nie kanibalizm czy polowanie na ludzkie głowy… zapewne przez wzgląd na delikatność. W każdym bądź razie, autor nie dostrzegł sedna sprawy. Moralność nie jest zdeterminowana jakimś kodem genetycznym/memetycznym, chociaż tak się właśnie zdaje każdemu wyizolowanemu plemieniu (naszemu również). Przeciwnie, możemy sobie wyobrazić wszelką moralność, a co za tym idzie żadną. Nietzsche nazywał tę chwilę śmiercią Boga. Tym niemniej, w późnych notatkach w Woli Mocy dopatrywał się w niej zmartwychwstania Dionizosa.

Arogancki macho-marsowy babiloński/patriarchalny terror u podstaw samej cywilizacji okazał się w istocie pusty. Ten stary, znoszony truposz chwieje się i kiwa na ociekającym tłuszczem tronie. Obecnie wiele osób, niezależnie od swej płci, pragnie silnego antidotum w postaci ducha kobiecości. (Pozwólcie, że posłużę się tu swoim przykładem. Oddaję cześć hinduskiej bogini Tarze oraz bogini morza i księżyca z Nowego Świata, Yemayi, która cieszy się wielką popularnością w Nowym Jorku.) Jestem wszakże anarchistą, a więc nie za bardzo podoba mi się słowo matriarchat. Słowa kończące się na -iarchiat sprawiają, że chce mi się sięgnąć (oczywiście, metaforycznie) po małe czarne bombki, wysadzające wszystkie językowe systemy kontroli i gramatyki zniewolenia. Nie sądzę, że czułbym się lepiej pod rządami królowej Mamuśki niż pod władaniem króla Ojczulka.

O wiele lepszym emblematem na flagę utopii rodzącej się w szparach i pęknięciach babilońskiego monolitu “pustego dyskursu” jest archetyp Androgyna. Hermes/Afrodyta – oto właściwy znak Tao. Niechaj mi będzie wolno także zauważyć, że pewna okultystyczna logika sugeruje, że po Wieku Matki (Tiamat, Epoka Kamienia Łupanego) i Wieku Ojca (Marduk, Nowa Epoka Kamienia Łupanego aż po czasy współczesne) może nastąpić nie tyle powrót Matki co Wiek Dziecka.

W pewnej mierze, Dziecko lepiej od Matki symbolizuje strukturę społeczności zbieracko-łowieckich. Te nieliczne zachowane plemiona zwykle traktuje się jak dzieci, które należy karać i cywilizować – “udoroślać”. Ich nie-autorytarne struktury polityczne przypominają struktury spontanicznych gangów dziecięcych, rozwijających się wśród dzieci na całym świecie. Tego rodzaju gangi postrzega się w naszym świecie jako “wyrostki młodzieńcze”, lecz w społecznościach zbieracko-łowieckich dzieci często posiadają własne loże, stanowiące gangi wewnątrz większych gangów plemiennych. Indianie Równin Amerykańskich rozwinęli bardzo wyrafinowane wersje modelu społecznego “gangu dziecięcego”, w których śmiałość, wizję i przygodę uznawano za najwyższe wartości. Był to model “demokratycznego” szamanizmu. Przywódcy wyłaniali się spontanicznie w zależności od sytuacji. Gangi dziecięce posiadają pewną skłonność do podziału płci: dziewczynki i chłopcy często mają oddzielne loże i “wtajemniczenia”. Ten podział jednakże bardziej odzwierciedla dwuznacznoość płci, aniżeli wojnę płci. Grupki mężczyzn i kobiet poruszają się w magicznym świecie kulturowego homoerotyzmu. Kiedy pojawią się w cywilizacji typu babilońskiego, otrzymają etykietę agentów chaosu, wilczej czeredzi, mannenbunden, czarowników, czarownic, cyganów, włóczęgów, przestępców, ludzi marginesu, zboczeńców. Dziecko jawi się jako demoniczny Inny, uwieczniony w niezliczonych koszmarach, lub też jako archetypowa ofiara satanistycznych zbrodni – w każdym z tych przypadków, jako obcy.

Jakimś cudownym zbiegiem okoliczności udało mi się podczas pisania tego eseju natknąć na artykuł o gangu dziecięcym, który znakomicie obrazuje moją tezę. Opis tego gangu znalazłem w książce o melanezyjskich kultach cargo (P. Worsley, The Trumpet Shall Sound, New York, 1968), a pochodził on ze wspomnień brytyjskiego urzędnika kolonialnego, A.B. Brewstera, The Hill Tribes of Fiji (London, 1922).

Mam tu na myśli Wodne Dzieci (Luve-ni-wai, Dzieci Wody). Nie był to zwykły kult cargo ani tradycyjna plemienna grupa młodzieżowa w rodzaju tych opisywanych przez Malinowskiego czy Mead. Kult ten, chociaż opierał się na micie plemiennym, powstał wszakże całkiem niedawno. Pojawił się w latach 80-tych i 90-tych ubiegłego stulecia w ramach “odrodzenia pogańskiego” przeciwstawiającego się rosnącemu wpływowi metodystycznych misjonarzy.

Brewster pisze, że ruch zainspirowali “magicy”, vu-ni-nduva, którzy wprawiali w zdumienie swoich popleczników typowymi sztuczkami magicznymi. (We współczesnej antropologii panuje zgoda co do tego, że korzystanie przez szamanów ze “sztuczek magicznych” nie stanowi dowodu ich hipokryzji. Uzdrowiciel może “oszukiwać” pacjenta w trakcie leczenia, nadal wierząc w duchy, poziomy istnień i tym podobne sprawy z kosmologii szamańskiej.)

Ów kolonialny obserwator powiada nam, że chociaż Luve-ni-wai posługiwali się znakami okultystycznymi i wykonywali “dziwne obrzędy”, uznawano ich początkowo jako “rodzaj republiki młodzieżowej”, czy też “formę młodzieżowej rozrywki”. Nazwa kultu pochodziła od baśniowych “faunów”, którzy mieli zamieszkiwać lasy i wody, malców o długich włosach w tradycyjnym stylu, “a przy tym bardzo przystojnych”. Według opowieści, chłopcy spotykali te przyjazne duchy w lasach, uczyli się od nich pieśni i tańców. W miejscach spotkań zataczali “bajeczne kręgi”, które następnie oczyszczali, dekorowali kwiatami i zabezpieczali magicznie.

Aby przystąpić do ruchu, chłopiec musiał otrzymać osobistego strażnika spośród tych leśnych stworzeń. Modlił się o to w buszu, składał w ofierze kavę i czekał aż duch wstąpi w jego ciało. Przyjmował wtedy nowe imię, pochodzące zwykle od nazwy kwiatu.

Pomniejsze duchy totemiczne i opiekuńcze, takie jak wróżki i rusałki, przedstawia się jako dzieci, bądź w jakiś sposób łączy się je z dziećmi. I nie ma to nic wspólnego z dekadencką sentymentalizacją postaci, które “pierwotnie” były straszne, chtoniczne, kosmate i niesamowite. Kruk, bóg-oszust Indian Północno-Zachodnich, pojawia się zarówno jako wielki ptak z erekcją oraz jako młodzieniec. Dorastające dziecko postrzega się jako natura naturans ( “Naturę w stanie naturalnym”) w przeciwieństwie do nie rozwijającego się dorosłego, który jest natura naturata, “nieszkodliwym” reprezentantem kultury. W żargonie antropologicznym mówi się również, że dziecko jest progiem bądź postacią przejściową, na pograniczu człowieka i zwierzęcia, kultury i chaosu.

Wodne Dzieci w trakcie swego rozwoju związały się z inną, bardziej dojrzałą, upolitycznioną i anty-kolonialną sektą neopogańską, Tuka. Można powiedzieć, ze już w 1884 roku ruch ten wyrwał się spod kontroli w Serei, największej wiosce we wschodnim Tholo. Jeden z urzędników napotkał wszystkich młodzieńców i chłopców zgromadzonych w świątyni w otoczeniu szamanów. Podczas stawiania oporu 44 z nich zostało aresztowanych, w tym ich przywódca, Pita, zesłanych do Vunindawy i poddanych karze chłosty. Przez przeszło sześć lat nikt nie słyszał o Luve-ni-da w tym rejonie. Potem zaś, w 1890 miejscowy przedstawiciel rządu wyjechał gdzieś na osiem miesięcy, co wystarczyło, by po powrocie ujrzał ruch Luve-ni-dai i Tulka na nowo “rozkwitający”. Wielu młodych przesłuchano i zesłano na trzy miesiące ciężkich robót.

Brewster uważał te wczesne fazy ruchu za całkiem niewinne. Pisał: “…w moim mniemaniu nie był to wcale ruch wywrotowy. Sprawiał, że chłopcy stawali się zuchwali i niepodporządkowani, a czasami posuwali się do kradzieży. Nie sądzę, żeby było coś w tym szkodliwego, dopóki jego uczestnicy odżegnywali się od kradzieży i darzyli szacunkiem swoich starszych. Jest w tym natomiast odrobina poezji i romantyzmu”.

Po stłumieniu Luve-ni-dai, Brewster starał się odciągnąć chłopięce umysły od kłopotów, popularyzując wśród nich… grę w krykieta! No i przeliczył się. Jego kluby krykieta stały się tajnymi frontami Wodnych Dzieci, rozwijającymi się komórkami anty-kolonialnej walki, a w ciągu kilku lat ich przywódcy znaleźli się w więzieniu.

Gdyby antropologowi zdarzyło się wędrować po amerykańskich deptakach, odkryć bandę dzieciaków w prawie obrzędowym stroju i zdobyć ich zaufanie, w rozmowie z nimi pojawiły by się te same odwieczne tematy co w historii Luve-ni-wai. “Republika dzieci”, posługiwanie się środkami odurzającymi, poszukiwanie wizji, poszukiwanie tożsamości oraz rytualne nadawanie sobie imion, “poezja i przygoda” (estetyka spontaniczności), bunt przeciwko autorytetowi dorosłych (zarówno “starszych” z najbliższego klanu jak i odległej władzy) – taniec, muzyka, a nawet opętanie i okultyzm.

Wolałbym jednak by antropolog nie opublikował tych odkryć. Ponieważ każda tajemnica wyniesiona na światło dzienne i objawiona w mediach staje się własnym przedstawieniem i ulega zniekształceniu. Delikatny i subtelny kwiat naszego wyobrażenia o wolnym duchu młodzieży nagle staje się “Kulturą Młodzieżową”, którą otaczają wieści i wiadomości o “Młodzieży z Problemami” z danymi socjologicznymi i sensacyjnymi zdjęciami. Pod ostrzałem takich spojrzeń, jak zauważył Foucault, każde rozpatrywane zjawisko jakoś tajemniczo zanika.

Tym niemniej, życie dziecięce nie przepadło, a jedynie “zostało doprowadzone do zaniku”, by użyć celnego sformułowania latynoamerykańskich polityków. Pogrzebano je pod pustym wizerunkiem życia dziecięcego, które spełnia wszystkie pozytywne i negatywne oczekiwania instytucji zainteresowanych consensusem społecznym. Tyle że życie dziecięce jest czymś organicznym i nie da się stłumić kulturze. Być może, stało się niewidzialnym imperium zmysłów. […] Skoro jednak wymyka się ono wszelkim testom, głosowaniom, badaniom i analizom, jaką możemy mieć pewność, że w ogóle istnieje?

Być może, życie dziecięce należy do tych spraw, o których nie dyskutuje się w kulturalnym towarzystwie […].Znajduje się w miejscach granicznych, na granicach miasta, tam gdzie pleniące się leśne krzewy zamazują granice między strefą mieszkalną a dziczą, lub też w łóżku, między jawą a snem. Istnieje nawet w subiektywnym doświadczeniu zapośredniczonych obrazów, które mogą przechodzić pewne radykalne reinterpretacje, które mogą zostać wchłonięte w kompleksy znaczeniowe nie zaplanowane przez ich twórców, które już nie są biernie konsumowane, ale aktywnie przekształcane w wyobraźni, w spontanicznym rytuale, w widzeniu.

Pisanie o tym mija się z prawdą. Nie wolno tego zdradzić – ale nie da się tego zdradzić, ponieważ każda próba ukazania tego skazana jest na porażkę. To jest latif (w języku arabskim, “coś subtelnego”, jak w alchemii). W rzeczywistości, okultyści współcześni rozważają pojawienie się “nurtu” Dziecka, którego czasami nazywa się Horusem. Neotenia – pojęcie naukowe oznaczające gatunki nie posiadające “dojrzałej” formy – pasuje zarówno do axolotla (któremu odrasta zgubiony ogon) jak do istot ludzkich, które są w stanie przekroczyć swój “los” genetyczny i społeczny dzięki regeneracyjnej zdolności wyobraźni.

Wędrujący derwisz nigdy nie “dorasta”. Spędza czas na “nieustannym świętowaniu” (Nur Ali Shah Esfahani) jak “cyganka lub też żebrak” (Fakhroddin Iraqi). W przeciwieństwie do ortodoksyjnych Sufi, derwisz (qalandar, maulang) odrzuca obowiązki życia dorosłego, odczuwając je jako przeszkody na drodze rozwoju duchowego. Przynależy do radykalnej arystokracji bezrobotnych jak włóczędzy w Ameryce epoki kolei żelaznej. Przemieszczając się z miasta do miasta, czasami przestrzegając reguły nie odwiedzania po dwakroć tego samego miejsca (albo nie przebywania w jednym miejscu dłużej niż na 40 dni), derwisze byli zapowiedzią współczesnego nomadyzmu miejskiego (szczególnie świadomego poetyckiego “dryfu” Sytuacjonistów, derive). W istocie, ujawnili nam duchowość nomadyzmu miejskiego.

Posłużmy się może pewnym szczególnym konceptem, który dostarcza nam nauka o symbolice potrafiąca wiązać wszystko ze wszystkim i pozwólmy sobie na kilka skojarzeń: od Sufich do Assassynów, od Assassynów do Templariuszy; a następnie do Bafometa, może nawet Bafometa Klossowskiego, głowy Maura służącej spontanicznym rytuałom mistycznej pederastii; potem zaś do Williama Burroughsa i Dzikich Chłopców.

Wszystkie utopie jednopłciowe w fantastyce naukowej niweczy resentyment wobec płci odmiennej. Z drugiej strony, opowieści te wyzwalają pewną dobroczynną moc (mana, baraka) w obrazie własnej płci. Jeśli chodzi o mężczyzn, myślę tu o Samuelu Delany’m. oraz o trylogii Storm Constantine Wraeththu (tyle że Constantine jest kobietą). W przypadku kobiet, myślę o Angeli Carter, Leonorze Carrington; opowieść Rachel Pollack, “Burning Sky” przedstawia Dzikie Kobiety, feministyczną wersję popularnego mitu Burroughsa – mitu zmiennokształtnej młodzieży erotycznej, wilkołaków, stowarzyszenia jaguarów.

Cała ta grupa tematyczna da się podsumować jednym nagłówkiem estetyki chaosu, estetyki Tiamat, odmiennej od zwyczajnej estetyki wspaniałości Porządku władającego cywilizacją, estetyki Marduka. Pamiętajmy wszakże o tym, że wyszliśmy poza dualizm męsko-kobiecy, który powraca w licznych obsesjach szanowanych feministycznych komentatorek historii/herstorii. Weszliśmy pod znak Dziecka, które jakoś wymyka się płci, jakby nasze dzieci przynależały do trzeciej płci (co uzasadniał H. de Montherlandt). Istnieją gangi chłopców i gangi dziewczynek, a także gangi mieszane, lecz wszystkie są w pewnym sensie androgyniczne.

Gangi dziecięce znikają. Nie stawiają czoła “autorytetowi dorosłych”, ale po prostu unikają dorosłości. Indianie z Amazonii strzelający do helikopterów po prostu chcą zachować niewidzialność. Grupy wyrostków, grupy mieszańców, wspólnoty heretyckie, cyganie, wyzwoleńcy, hippisi – wszystkie te “gangi dziecięce” pryskają sprzed oblicza policyjnego terroru i sztywności Marduka. Jako piraci żerują na społeczeństwie, jako mnisi modlą się o społeczeństwo, ale w każdym z przypadków unikają jego uciążliwej banalności, w tym również obowiązku sakramentu płci. Tego rodzaju znikanie, jak powiada Baudrillard (w Fatal Strategies) jest samo w sobie rodzajem powstania. W obliczu pustego dyskursu władzy, tej symulakrii, którą stał się Babilon, ta niewidzialna przeciw-władza posiadana przez typy z marginesu może się okazać taktycznie żywotna. Może przyjąć rolę broni wadżry albo aikido, w którym “zwycięża się” dzięki unikaniu mocy.

Gang dziecięcy wyrzeka się również pośrednictwa. Pragnie własnego snu. A nade wszystko, chce by jego życie codzienne przesiąknięte było cudownością (w dadaistycznym, surrealistycznym lub sufickim tego słowa znaczeniu). Cudowność oznacza obecność, a przez to nie może być przedstawiana. Rycerze Króla Artura, ów gang chłopięcy skupiał swoje istnienie na jedynej cnocie przygody. Uznawali za cudowne to, co im się przydarzało. Albowiem można naprawdę żyć dopiero wtedy, gdy zniknie się sprzed śmiertelnego spojrzenia Babilonu, jednostajności Porządku.

Powiada się (szczególnie w naszej Cywilizacji bezpieczeństwa), że jest to niebezpieczny pomysł. To prawda. Na tym właśnie polega przygoda. Porządek zawsze ma coś do powiedzenia. A więc może i my powiedzmy o pięknej idei, która jest paradoksalnie bardzo tradycyjna, o idei duchowości boskiego nieporządku., być może o odrodzeniu Dionizosa.

Gang dziecięcy może się zdegenerować w duchowość “faszystowską”, lecz może także unaoczniać coś, co da się nazwać duchowością anarchistyczną: radykalnie monistyczną, znajdującą się po stronie dzikości (a więc “zieloną”), erotyczną, spontaniczną, zabawną – a zatem artystyczną. Ta sztuka dąży do totemizmu i ponownego odkrywania paleolitycznej psychiki. Stanowi chorobę cywilizacji, jednocześnie nie podatną na zachorowania dzięki kontemplacji symbolu swojej energii. Jej energia porusza się raczej w przestrzeni niż w czasie: nie wiąże ją historia. Jest “zawsze młoda”.

Ponowne odkrycie Bogini i Nowej Męskiej Duchowość dostarcza solidnego gruntu pod wyłonienie się kompleksu, z którego ludzkie ścieżki zmierzają ku “wyzwoleniu”. Niemniej jednak, dla niektórych struktura boga/bogini jest nazbyt ciężka, zawiera zbyt wiele cierpień edypalnych, zbyt wiele reprezentacji rodziny nuklearnej i jej cząstkowych niezadowoleń. Muszą oni przekroczyć duchowość Ojca i Matki, a nawet ją “zanegować” jak pewien dziki chłopiec. Nie mówię tu o wizerunku Nowego Mężczyzny ani Nowej Kobiety, tylko Dziecka, dziecka znajdującego się na gigancie, na początku wielkiej przygody.

Tłumaczenie: Dariusz Misiuna

(Peter Lamborn Wilson, Runaway Child, w: Choirs of the God, Revisioning Masculinity, ed. John Matthews, London 1991, s. 207-214)

Share Button