W zeszłym miesiącu uczestniczyłem w 8. Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Butoh - BUTOHPOLIS. Znajdując się pod ogromnym wrażeniem tego wielodniowego (15-21 kwietnia) misterium osobliwej obecności na pograniczu snu i jawy postanowiłem odnotowywać podobne aktywności w naszym serwisie informacyjnym, bo a nuż, widelec, kogoś z Was zainspirują. Rzadko się zdarza, by w trakcie tak długiego festiwalu nie było ani jednego słabego momentu. Największe wrażenie zrobiły na mnie występy Joanny Sarneckiej, Benasa Śarki, Cezarego Molendy, Oliviera de Sagazana, oraz polskiej grupy WoRaZu. I tej ostatniej poświęcę słów kilka, ponieważ jej najnowszy spektakl, "Technosis", wydaje się szczególnie aktualny w coraz żywszej debacie na temat rozmywającej się granicy między naturą a technologią.
Grupę WoRaZu tworzą trzy bardzo wyraźne osobowości: Wojciech Matejko (taniec), Rafał Iwański (muzyka) i Zuzanna Litawińska (scenografia). Każda z nich wypełnia swój artystyczny kosmos innym polem znaczeń, ale nietrudno znaleźć ich części wspólne. Matejko z wykształcenia jest socjologiem, na co dzień zajmującym się eko-aktywizmem. Jego talent artystyczny rozbłysnął nagle, nie wyuczony, nie zadany, nie wykoncypowany. Matejko był "butoh" zanim nadał mu znacznie w tańcu. Tak jakby niósł w sobie coś - pewną jakość - domagającą się wyjścia z ciała. I nawet dziś można odnieść wrażenie, że jest niesiony porywem ducha, choć lata nauki i praktyki sprawiają, że jego automatyzm ustępuje miejsca choreograficznemu namysłowi.
To właśnie napięcie między powołaniem a przemyśleniem tworzy wyjątkową jakość jego tańca. Podobną dynamiczną grę między pasją, werwą, natchnieniem a metodyczną skrupulatnością w doborze środków artystycznych widać u Rafała Iwańskiego - muzyka z ogromnym doświadczeniem w pracy indywidualnej, jak i zespołowej. Ten maestro muzyki elektroakustycznej wprowadza osobisty nerw do każdej zaplanowanej struktury muzycznej. Dlatego, podobnie jak w tańcu Matejki, u Iwańskiego nic dwa razy się nie zdarza - każdy występ jest inny, warunkowany nastawieniem, otoczeniem i dawką emocji. Na tym tle scenografie Zuzanny Litawińskiej wydają się ostoją. Jest to jednak próżne złudzenie. Artystka aranżuje je za każdym razem inaczej, dostosowując formę do wymogów chwili.
Miałem niezwykłą przyjemność obserwowania, jak powstawał spektakl "Technosis". A był to proces obłupywania, pozbywania się nadmiaru znaczeń. Tak jakby mniej oznaczało więcej. Pierwotny zamysł - ukazanie człowieka współczesnego uwikłanego w sieć technologii narzucał wiele odniesień - filozoficznych i estetycznych, co skutkowało wielką zmiennością scen, gestów i fraz muzycznych. W toku pracy nad spektaklem artyści stopniowo pozbywali się nadmiarowych elementów, czego rezultatem jest wciąż całkiem zróżnicowana plastycznie narracja, skupiająca się na tancerzu i jego wewnętrznym rozpęknięciu w obliczu nieustannej presji technologicznej. Gdzie jestem? Kim jestem? Kiedy jestem? Odpowiedzi na te pytania Matejko szuka w ciele, jakby to ono w niemym buncie mocowało się o autonomię względem sił kontroli uosabianych przez technokapłanów. Mamy tu jawne nawiązanie do dzieła Alejandro Jodorowskiego ("Technokapłani"), przejawiające się się technokapłańskim strojem (autorstwa Ilony Binarsch) noszonym przez tancerza w pierwszych partiach spektaklu. Wydobywaniu się z tej technokapłańskiej formy, zrzucaniu z siebie jej szat towarzyszy czasem rozpaczliwe, ale stopniowo coraz bardziej liryczne odnajdywanie bieżącej chwili w plątaninie ruchów i gestów.
Oto współczesna walka o przetrwanie - bycie w tu i teraz, poza zmechanicyzowanym, odrealnionym światem bezsensownych znaczeń, mimowolnych reakcji na nierzeczywistą rzeczywistość świata wirtualnych pokus i info-kontroli.